"Stary to przecież zimowa droga"
Te słowa usłyszałem w piątek rano wychodząc z Wozowni. Co fakt to fakt, ale jak się ma mało czasu, a chce się zrobić coś co ma mało przejść. Coś, gdzie jest mało przelotów i trzeba wbijać haki. Coś, skąd w razie potrzeby można łatwo uciec - to można wybrać drogę, o której przeczytałem: "kluczowy odcinek dolnej części ściany zajął dwójce trzy dni". Gdy po wspinaniu wróciłem do domu Głównodowodzący GÓR, odpowiadając na mój e-mail napisał, że jest taki gość, co go zwą "Maki" i który powtórzył drogę Stefki (gratulację!!!); że "Paszczu" napisał o tym małe opowiadanie i żebym ja też napisał. No cóż... Co tu można jeszcze napisać o wspinaniu? O tym, że wbijało hak i że ten wyleciał, że lot by długi? Można dodać trochę magii, na przykład w postaci magicznego stołu lub Czarnego Motyla. Pełen rozterek wziąłem długopis do ręki...
Najpierw był Zjazd Pezety, potem szybka jazda do Zakopca - dzięki Boguś - i nocleg w Centrali na Piłsudzkiego. Następnego dnia biegusiem do góry. Biegusiem? Żelazo, lina, mnóstwo szpeju i badziewia nie podzielonego zwyczajowo na dwie części. To wszystko, co dostojnie niesie się na plecach, wgniata człowieka w całe dwanaście kilometrów asfaltu. A na dodatek ten cholerny trzeci skrót. Biegusiem. Po drodze złożyłem hołd dogorywającej Chatce i po kilku manewrach w schronisku mogłem wyruszyć pod Kocioł. Grubo po południu siedząc na kamieniu pod ścianą, penetrowałem dolną partię drogi. Tylko gdzie to jest? Tu Sprężyna, tam pozioma załupa na Hobrzańskim. Na szczęście nie spieszy mi się, zrobiłem już swoje, sprzęt jest pod ścianą. Siedzę w miejscu, bez którego wspinanie traci sens. Przez ostatnie lata wspinałem się w różnych górach, łoiłem też w Tatrach, ale w Zachodnich, na Słowacji, na Hali. Czegoś mi jednak brakowało, było jakoś tak...
Nie powstrzymałem się, wziąłem pęczek kości, kilka ekspresów i naparłem do góry. Ustawiłem tylko dzwonienie na osiemnastą, tak na wszelki wypadek, bo dopiero jutro mam się wbić w ścianę. W Wozowni szumi jak w ulu, sporo tu wspinaczy w drugiej połowie! Tylko jeden toast "Lodowej", z okazji imienin Tomka i daję nura do śpiwora...
Czwarta rano, turyści śpi na podłodze kuchni, więc jem śniadanie na korytarzu. Około piątej wychodzę i spotykam chłopaków ze Szczecina. Zmierzą się dziś ze swoimi marzeniami. Jestem niemal pewien, że zrobią tę nową drogę. Ciekawe jak ją nazwą? Nad brzegiem stawu dopadają mnie wątpliwości. Nie, nie boję się samotnego wspinania, tylko niedźwiedzia. Może zaczekać na chłopaków? Z duszą na ramieniu okrążam Morskie Oko. Po wymałpowaniu na stanowisko strasznie długo grzebię się ze sprzętem. Na Ostrodze praca wre "Łysy" z Robertem żwawo zasuwają do góry. Ja zaś napieram przyjazną rysą, docieram do stanu i mijam go - mam jeszcze dużo liny. Mijam, to dużo powiedziane, rysa znikła niewiadomo gdzie, wbijam coraz cieńsze haki. Zaraz, zaraz, przecież tu miało być A1. Wspinam się niczym mucha w smole. Co jakiś czas docierają do mnie bluzgi z okolic Filara. Za każdym razem spoglądam w stronę Wielkiego Okapu i widzę zwisającego pod nim wspinacza.
Zaczynam przedzierać się przez trawy, klasycznie jest tu bardzo trudno, hakowo również. Przydałaby się dziaba. Aż serce zaskowytało mi z rozkoszy - walnąć taką grzywę ostrzem czekana! Ale byłoby fajnie. Już niedługo, jeszcze parę miesięcy. Mozolnie posuwam się do góry i w końcu wyłażę na Wielki Trawnik. Mijam po drodze stanowisko autorów drogi. Brrr. Mieli goście psychę... Czyszcząc wyciąg, zastanawiam się co dalej - w ferworze walki poleciało mi trochę sprzętu: kilka haków, kości, ekspres. Na domiar złego zapomniałem wziąć nie zakręcane karabinki. Co dalej? Przedzieram się przez trawy, w zimie nie stanowiłyby problemu, ale teraz... Zakładam stan i delektuje się kolejnymi kęsami kabanosa. Chłopaki z Filara zniknęli gdzieś za przełamaniem. Na Milicjantach widzę Krzyśka, też walczy solo. Nie, dalej już nie idę. Wyżarło mi cały zapas psychy, zwłaszcza na tych p... trawach. Poza tym idąc dalej, odciąłbym sobie odwrót, a na kibel nie mam ani sprzętu, ani picia, ani jedzenia. Zjeżdżam!
Znowu czwarta rano. Znowu śniadanie na korytarzu. I strach przed niedźwiedziem. Podejście i małpowanie. Idę jak do pracy. Nie ma tylko chłopaków ze Szczecina, nie ma Krzyśka na Kopie. Niebawem pojawią się jacyś ludzie, ale kto ich tam zna. Strasznie wieje, pewnie dupnie i będę musiał się wycofać.
Od kostki po kolano przeszywa mnie ból. Zdarło mi skórę na małym palcu. O k...a jak boli. Wyjmuję apteczkę i szacuję straty - na linie wisi jedynka wpięta w ekspres. No tak jak wbijałem łyżkę, to wypadłem z poprzednim hakiem. Do półki zabrakło może z metr. Powoli giełgam się do góry, do jedynki... która utrzymała mój lot. I walczę dalej. Aż do połączenia z Hobrzańskim. Tu się odprężam i zajadając kabanosa rozmawiam przez telefon z chłopakami z Klubu. Moja przygoda kończy się, dalej jest jak w domu. Byłem tu kiedyś zimą. Zaraz założę Miury i połażę w nich trochę. A zjadę sobie Korasem, tak fajnie tam buja pod okapem. Jeszcze kilka takich dróg tej jesieni i wyruszę za ocean, a tam czeka czerwona, granitowa wieża.
Góry 2003/10
|
|
|